O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A zawodowo
Czytam, obserwuję, czasem komentuję ..
Kobieta vs mężczyzna
Na depresję
Oglądam, przyglądam się
To mnie kręci
Tagi
|
środa, 25 stycznia 2012
rozrywkowo
oj tak ostatnio było bardzo rozrywkowo... Zaczęło się w ubiegły weekend. Z wanną wyruszyłyśmy na upragnione, długowyczekiwane zakupy wyprzedażowe. Miało być skromnie, grzecznie, skończyło się kilkoma torbami zakupów. Duża ich część to rzeczy dla Zosi. Sobie też kupiłam troszkę - nie za wiele, bo jak się siedzi w domu to tak naprawdę nie potrzeba wielu ciuchów. Nie wiem też jak będę wyglądać wracając do pracy, więc odpadły koszule, marynarki etc. Zakupy miały przede wszystkim duży walor towarzyski. Kilka godzin poza domem ze świadomością, że Zosia jest w dobrych rękach taty, na pewno pozytywnie wpłynęły na własną psychikę :) Poza tym zabrakło nam czasu na zjedzenie czegokolwiek, dzięki czemu dzień "na jogurcie" i wodzie zaprocentował utratą 1kg. A potem była Huśtawka! Tak, tak - ta sama Huśtawka, z którą kojarzy mi się przełom 2010/2011! W poniedziałek spędziłam tam wieczór z dziewczynami z pracy. Bosko! Nie byłam tam z 10 miesięcy pewnie. W tym czasie niewiele się zmieniło - Ci sami barmani, crostini pyszne jak zawsze, alkohole w odpowiednich proporcjach, tylko toalety po remoncie. Baaardzo lubię to miejsce. No i w końcu mogłam się nagadać z dziewczynami! A kolejka na wieś znów zdała egzamin! :) Miała być jeszcze 30stka Kamili, ale już w piątek zjechała się rodzina na chrzciny i wydawałam kolację na 9 osób. Lubię jak w domu jest dużo ludzi, coś się dzieje, mam z kim pogadać nie tylko o codziennych problemach, pośmiać się, długo siedzieć przy stole i biesiadować - bez żadnego pośpiechu, bez konieczności kończenia posiłku w samotności. Lubię mieć "swoich" gości, którzy też pomogą w sprzątaniu, zniosą brudne naczynia do kuchni, zajmą się Zosią w tzw międzyczasie i pozwolą czerpać totalną przyjemność ze spotkania. No i chrzciny! Odbyły się w minioną niedzielę. Nasza mała gwiazdka przespała całą uroczystość i nawet nie zauważyła, że ktoś jej leje wodę na głowę, zdejmuje/nakłada czapeczkę, dotyka. Aniołek! Potem przyjęcie. Mogę sobie pogratulować za dobrą robotę. Dopięłam wszystko na ostatni guzik - począwszy od zaproszeń, tortu, menu, komunikacji. Ustaliłam z knajpą każdy najmniejszy detal, dzięki czemu uniknęliśmy jakichkolwiek niespodzianek.. no chyba, że były to miłe niespodzianki - takie jak fontanna czekoladowa! Ta organizacja chrzcin uświadomiła mi jak bardzo brakuje mi takiego kreatywnego działania! Uwielbiam eventy. Uwielbiam nowe wyzwania, ustalanie szczegółów, wybieranie menu, rozmowy z menedżerami, czytanie, planowanie, dowiadywanie się nowych rzeczy.. Już bym chętnie zaczęła planować jakąś podróż, tymczasem muszę czekać do marcowych decyzji :(( Nie wiem jak przetrwam luty w niepewności... Nie wiem jak się teraz odnaleźć w codzienności. Po raz kolejny potwierdza się też moja teza, że im się ma więcej czasu tym mniej można zrobić. Ech ta samodyscyplina!
piątek, 13 stycznia 2012
mówić nie mówić?
No to jestem po półmetku mojego macierzyńskiego, Pora poważnie zacząć myśleć o powrocie do pracy. Biorąc pod uwagę te i inne okoliczności wiem na dziś, że do pracy chcę i poniekąd muszę wrócić. Zrobiłam rozeznanie w niańkach i lokalnych żłobkach (w samej naszej wsi mamy dwa i chyba ze cztery przedszkola!). Niani się boję, a jeśli miałabym wziąć taką fantastyczną z najlepszymi rekomendacjami etc to trzeba byłoby jej płacić prawie 3 tysiące miesięcznie! To już lepiej zostać w domu... No więc stanęło na żłobku i powrocie do pracy. Tylko do jakiej pracy? No właśnie. Tego, gdzie będę pracować za trzy miesiące nie wie chyba nikt! W mojej firmie zmiany organizacyjne. Wracać na miejsce, które na mnie czeka? Wolałabym nie... Może w tzw. międzyczasie zmiany na górze pociągną za sobą zmiany personalne. Byłoby dobrze. Póki co jednak szukam czegoś nowego. Na portalu branżowym w sumie jest całkiem sporo ogłoszeń. Wysłałam już trochę aplikacji. W przypadku odpowiedzi na większość ogłoszeń spełniałam wymagania pracodawcy w 100%. Lojalnie informowałam także, że obecnie przebywam na macierzyńskim i mogłabym podjąć pracę za konkretnie określony czas. I co? Zero odzewu! Zastanawiam się zatem czy ogłoszenia te są tylko formalnością, a kandydaci z góry znani, czy też pracodawców zniechęca fakt, że jestem młodą mamą i nie dość, że nie jestem dyspozycyjna od zaraz to jeszcze na pewno będę chodzić na zwolnienia, bo dziecko złapie w żłobku choroby... Mówić zatem czy nie mówić? Nie wspominając o swojej sytuacji życiowej czułabym się źle, natomiast mówiąc o niej być może skreślam szansę na zmianę pracy. I bądź tu człowieku mądry! *** Obecni biorę udział w jednej rekrutacji, ale tu head hunter sam mnie znalazł. Wiem, że jestem przez niego bardzo rekomendowana, tyle że jakiekolwiek działania rekrutacyjne zostały przesunięte na koniec miesiąca, więc tylko cierpliwość może mnie tu uratować!
poniedziałek, 09 stycznia 2012
wizyta w kościele
Nieźle to musi wyglądać - Karla bywa w kościele na tyle rzadko, że fakt ten musi odnotować na blogu.. No cóż, trochę w tym prawdy. Dziś po raz pierwszy byłam w naszym wiejskim kościółku. Wybrałam się przede wszystkim po to, by podpatrzeć jak wyglądają chrzciny i wiedzieć co nas czeka już za dwa tygodnie! Muszę jednak przyznać, że msza i kościół i kazanie były na tyle pozytywnym zaskoczeniem, że nie mogłam się oprzeć, by o tym tu nie wspomnieć. Kościółek jest malutki. Powstał w połowie XIX wieku, w czasach gdy tereny, na których mieszkamy należały do zaboru pruskiego, jako kościół ewangelicki. Bardzo mi się spodobał: skromny, bez zbędnego przepychu, złoceń, witraży, trochę obdrapany, ale przytulny. Atmosfera w nim panująca sprzyja powstawaniu wspólnoty. Ludzie chętnie śpiewają kolędy, uśmiechają się do siebie. No i kazanie. Już dawno nie słyszałam tak życiowego kazania. Ksiądz porównywał kościół do organizacji takich jak partie, stowarzyszenia i inne grupy interesu, które tak naprawdę rządzą się o wiele bardziej restrykcyjnymi prawami. Daje do myślenia. I powoduje, że zastanawiam się co ciekawego usłyszę za tydzień.. A to Ci niespodzianka.. fascynacja macierzyństwem, rękodzieło i do tego jeszcze kościół! Chyba zaskakuję tych, którzy mnie znają! ;)
sobota, 07 stycznia 2012
dobra babcia to skarb!
Dziś jeszcze bardziej doceniłam kobiety z mojej rodziny. Zarówno moja mama, teściowa jak i moja babcia to skarby nad skarbami. Uwielbiają Zosię, życzą jej jak najlepiej, ale akceptują nasze podejście do jej wychowania i nie udzielają nam - najlepszych na świecie i jedynych słusznych - złotych rad. Dziś też zrozumiałam wszystkie dziewczyny, które skarżą się na swoje teściowe i nadopiekuńcze mamy. Szczerze współczuję. Wizyta u dalekiej ciotki pozwoliła mi docenić moją komfortową sytuację. Już od drzwi zaczęło się. Ciocia wybiegła z chusteczką, bo zobaczyła, że Zosia ma małą łezkę na policzku. Zaraz potem usłyszałam, że ta łezka to na pewno dlatego, że jest głodna, albo nie - jest głodna i na pewno ma mokro i do tego źle ją trzymamy! Potem było zaganianie do stołu i usilne namawianie do jedzenia wnuczki ze sporą już nadwagą i kolejnych złotych rad tysiąc. Po 15 minutach miałam ochotę wracać do domu. Potem na moment zrobiło się całkiem miło - usłyszałam "Karolinko, jak ty ładnie wyglądasz". Moment trwał jednak.. moment, bo zaraz potem dodała "tak się ładnie zaokrągliłaś"... Bosko!
środa, 04 stycznia 2012
to był rok!
Koniec roku skłania do podsumowań, przemyśleń, dłuższej refleksji nad tym co za nami. W moim przypadku ostatnie miesiące były pełne przemyśleń. Siedząc z Zośką w domu, zerkałam w kalendarz i wspominałam jedne urodziny i drugie, imprezy pożegnalne, sylwestrowe, wyjścia przeróżne i wyjazdy. Dziwny to był rok. Z jednej strony bardzo stacjonarny. Na Mazurach byłam tylko raz. Oprócz tego żadnych innych wyjazdów poza granice mazowieckiego! Z drugiej strony mam wrażenie, że ilość kilometrów przejechana rocznie została nadrobiona w trakcie wypraw do sklepów z materiałami wykończeniowymi, meblami, oświetleniami, płytkami i innymi gadżetami. O rany, nigdy nie sądziłam, że poszukiwania każdego elementu będzie tyle trwało! Nie sadziłam też, że nasza przeprowadzka będzie tak bardzo przesuwać się w czasie. No cóż, rok temu, nawet do głowy mi nie przyszło, że gdzieś tam w moim wnętrzu zaczyna powstawać Zośka! Dzięki niej w niepamięć idą wszelkie niemiłe sytuacje. Dzięki niej uwielbiam naszą wieś i nie cierpię z powodu nieco gorszej komunikacji z centrum. Co tu dużo mówić, dzięki niej naprawdę jest w życiu lepiej! I teraz tak patrzę na nią, śpiącą w pluszowym misiu, i nie jestem w stanie się nie uśmiechać. Nawet nie sądziłam, że może istnieć taka miłość.. Nie jestem w stanie porównać jej do jakiegokolwiek uczucia. I nie denerwuje mnie jej płacz. Nie irytuje kolejna kupa, czy ulanie. Super jest być mamą. Myślę, że do tego etapu też trzeba dojrzeć, że kilka lat temu małe niemowlę bardziej by mi przeszkadzało niż wzruszało jak teraz... Zosia, pomimo początkowych problemów z przybieraniem na wadze, rośnie i rozwija się prawidłowo, uśmiecha się, fajnie reaguje na otoczenie i uwielbiam jak zaspana wtula się we mnie. Tylko ja, nadgorliwa mama, wypatrzyłam u niej asymetrię. I wspaniałomyślna pediatra stwierdziła, że jest - niewielka do samodzielnego wyćwiczenia, ale w razie czego dała skierowanie do neurologa. Neurolog powiedział to samo - prawie niewidoczna asymetria - ale w razie czego dał skierowanie na rehabilitacje. I teraz mama ma na tapecie nie tylko organizację chrzcin (wybór zdobienia na torcie angielskim jest nie lada wyzwaniem!), ale i szukanie rehabilitanta, który jest niedaleko, ma wolne terminy w miarę szybko i nie bierze majątku! Zachciało się... Mimo wszystko rok uznaję za przełomowy! Na 2012 życzę sobie i wszystkim jak najwięcej spokoju, no i realizacji swoich życiowych planów! Ja mam w planie wyjazd na wakacje, gdzie gdzie ciepło, ale nie upalnie i europejsko (kto wie co obstawiam??), powrót do pracy i - bardzo chętnie - zmianę pracy! I oby się wszystko poukładało!
wtorek, 27 grudnia 2011
koniec roku tuż tuż..
Nim się obejrzałam, a już po świętach, już Sylwester coraz bliżej. Znów dawno mnie tu nie było. Brak mi czasu i mobilizacji, by usiąść i zacząć pisać. Myśli w głowie bez liku, tylko je przelać na wirtualny papier. Święta były cudne. Spędziliśmy je u siebie w domu. Po raz pierwszy nie jechaliśmy na Mazury. I o dziwo wcale tego nie żałuję! Atmosfera w domu wynagrodziła brak spaceru wzdłuż brzegu Niegocina. Gdyby nie mama i babcia nie byłoby łatwo. Jestem zupełnie zielona w kwestii świątecznych potraw. Moje przygotowania świąt sprowadziły się do upieczenia pierników, ubrania choinki, przygotowania stroików i innych dekoracji, kupienia prezentów, nakrycia do stołu i podawania do stołu. A! nie! zrobiłam pieczonego łososia! Nie lubię karpia, w tym roku nie było też sandacza (bo jak go przewieźć z Mazur, mając po drodze kilka przystanków?), więc był pieczony łosoś. W tym roku wyjątkowo podeszłam też do prezentów. Największą radość sprawiły mi nie prezenty dla mnie, ale te dla Zosi. A Zośka dostała tego wszystkiego od groma i ciut ciut. Jeszcze wczoraj, podczas wizyty u teściów, wszystkie ciotki, cioteczki rzuciły się do niej z kolorowymi torebeczkami. W jej szafie cała nowa kolekcja ubranek, na półkach seria książek z wierszykami z mojego dzieciństwa - i Brzechwa i Tuwim i Jachowicz i Fredro i Chotomska, nowe zabawki do kolekcji, magnetofon i płyty. Duuużo tego, oj duuużo. Jak tak dalej pójdzie to niedługo trzeba będzie kupić skrzynię na zabawki, albo drugi regał! A przed nam chrzciny! Zośka jest super! Wydaje z siebie dźwięki, obdarza cały świat uśmiechami, coraz lepiej widzi, więc rozgląda się coraz bardziej roztropnie. Bacznie obserwuje zabawki z karuzeli, czy też te, wiszące nad nią na macie edukacyjnej. No i ma nowego przyjaciela - Prosiaczka. Jeszcze nie widzialam, by na którąkolwiek maskotkę reagowała z taką radością i entuzjazmem! No i moja babcia - jestem przekonana, że gdyby posiedziała u nas trochę to Zośka by gwałtownie przyspieszyła ze swoim rozwojem. Babcia stale do niej mówi, bawi się z nią, ćwiczy. Byłoby cudnie gdybym znalazła taką opiekunkę jak ona! A co u mnie? Poszukiwanie nowej pracy zaowocowało zaproszeniem na rozmową kwalifikacyjną - to już dziś. Nie wiążę z tą rozmową niewiadomo jakich oczekiwań, nie mniej jednak trzeba zacząć się pokazywać na rynku! Oprócz tego tańce, Zosia - koniec i początek, początek i koniec.
wtorek, 13 grudnia 2011
Świat stanął na głowie..
Szukam nowej pracy, bo w obecnej, pomimo tego że wszyscy chwalą, a prezes wyraża ubolewanie z powodu mojej nieobecności, która wpłynęła na drastyczny spadek jego wypowiedzi w prasie, to nie są w stanie zaoferować mi sensownego stanowiska na powrót. Zamiast chodzić do Huśtawki przyklejam serwetki do drewnianych pudełek, no a ambitne lektury zamieniłam na rozmyślania nt ulewania, kwestie związane z hartowaniem niemowląt, nauką języka angielskiego wśród małych dzieci etc. etc. Jakby mi ktoś rok temu powiedział, że moje życie będzie tak wyglądać to kazałabym puknąć mu się po głowie. A najlepsze, że - pomijając sprawy zawodowe - jest mi z tym dobrze!!! Rzadko tu zaglądam, bo szczerze mówiąc wolę poświęcać czas Zośce. Swoje potrzeby pisania zaspokajam e-korespondencją ze znajomymi :) Mam głowę pełną myśli i bardzo żałuję, że nie mam czasu, by je wszystkie spisać. Może po świętach, gdy temat chrzcin będzie dopięty na ostatni guzik, a proces poszukiwania i przygotowywania prezentów gwiazdkowych uznam za zamknięty, uda mi się wygospodarować więcej czasu na pisanie.
poniedziałek, 28 listopada 2011
o rany jak mi dobrze! vo2
Już kiedyś pisałam notkę o tym tytule - bodajże przy okazji przeprowadzki. Teraz powód dobrostanu jest inny. Znów czuję, że żyję! Po porodzie niby wszystko było ok, ale jakoś tak nie do końca. Trochę byłam pogubiona, samotna, może i momentami bezradna. Dwie koleżanki, które się nie znają i niezależnie mnie odwiedziły stwierdziły, że mam bardzo smutne oczy, że brak tej iskry, którą zawsze miałam. Teraz, już nikt tego nie powie, bo jest mi naprawdę fajnie. I znów zaczyna mnie nosić! ..aż się boję tego nadmiaru energii ;) Ostatnie kilkanaście dni obfitowały w odwiedziny przeróżnych znajomych. Och, jak ja to lubię! Jedyny mankament to zdecydowanie czestsze odkurzanie i zmywanie podłóg - za tym nie przepadam. Przygotowywanie przekąsek to przy tym olbrzymia przyjemność.. zwłaszcza gdy ma się pod ręką ciasto francuskie z Lidla - to moje ostatnie odkrycie kulinarne! Bo w końcu w spotkaniach tych nie o kulinaria chodziło, a o ludzi! Egzamin zdają też Koleje Mazowieckie, którymi w 35 min można z centrum stolicy do nas dojechać. Z pociągu skorzystała matka rocznego Boryska, która przybyła z całym dobytkiem: ciasteczkami, serkami, obiadkiem w słoiczku, mlekiem, herbatką, butelką, kubkiem, ubrankami na zmiane, zabawkami etc. Chwała jej za to! Dodała mi tym czynem wielkiej odwagi i ochoty na podróżowanie z Zośką kolejką - niedługo będę musiała to przećwiczyć ;) Z pociągu skorzystały też dziewczyny z pracy, które stwierdziły, że w piatek, po pracy nie będą przebijać się autem przez wylotówkę, poza tym mają ochotę na wino, więc przybędą z zapasami szlachetnych trunków pociągiem! Ta ich ochota na sprawiła, że i mój wieczór był troszkę winny.. Tak, w piątek stałam się wzorcową złą matką. Przygotowania do wieczoru i zosine szlochy sprawiły, że zabrakło mi czasu na spacer. Wystawiłam zatem moje dziecię na taras, by się nawdychało świeżego powietrza. Przyjemnie jej tam było - mnie też, bo w spokoju mogłam sprzątać, piec i się szykować. Po godzinnym wietrzeniu stwierdziłam, że pora to skończyć i przenieść córkę do jej łóżeczka. No i się zaczęły płacze. Co robi zła matka? Włącza odkurzacz i dziecko płakać przestaje! To nie koniec. Te wszystkie rozmowy o winie spowodowały, że przekopałam internet wszerz i wzdłuż i poza wyznaniami matek, że sobie od czasu do czasu pozwalają na wino i piwo, trafiłam na rozsądne komentarze lekarzy, że przy karmieniu piersią, po wypiciu wina (nie więcej niż 2 lampek) wystarczy pierwszy pokarm odciągnąć i wylać, a potem można już normalnie karmić. Tak też zła matka poczyniła. I wcale nie poczuła się winna. Wręcz przeciwnie poczuła że żyje! Nie zamierzam tego zbyt często praktykować, ale takie od czasu do czasu na pewno nikomu nie zaszkodzi. Tym bardziej, że Zośka i tak jest dokarmiana mlekiem z puszki. No, a w planach pojawienie się na firmowym Christmas Party, wyprawa na zakupy z Zoską, wyprawa do kina na seans dla mam z dziećmi, goszczenie kolejnych znajoych no i nieustannie tańce! Fajnie być mamą i nie zamykać się w swoich czterech kątach! :)
niedziela, 20 listopada 2011
Zaczęło się dziać
Jeszcze niedawno narzekałam na wiejskie życie, brak rozrywek, ludzi, monotonię i takie sobie nie wiadomo co no i zaczęło się. W czwartek, w ramach rozrywki przejechałyśmy się z tatą do Poznania i z powrotem. Nic tylko z Zośką jeździć... Anioł nie dziecko! Właściwie całą drogę przespała. Budziła się tylko na karmienie i przewijanie w MacDonaldzie. Ciekawe doświadczenie i całkiem przyjemne :) Wczoraj na obiedzie mieliśmy gościa, dziś niespodziewanie z rana wylądowalśmy w Arkadii, a po południu gościliśmy sąsiadów. Jutro pora na zdjęcia i skręcanie szafy do sypialni. Kolejny tydzień też zapowiada się ciekawie. Wizyty koleżanek, znajomych męża, pani od badań naukowych. No i tańce! Fajosko!
środa, 16 listopada 2011
Nic tak nie poprawia humoru jak...
T A N I E C ! ! ! Mam wrażenie, że szkoła tańca w mojej wsi została otworzona specjalnie dla mnie. Jak wielka była moja radość, gdy w październiku na domu, który dotychczas był "do wynajęcia lub na sprzedaż" pojawił się baner szkoły tańca :)) No i zgodnie z planami, od listopada znów zaczęłam chodzić na zajęcia. Małżonek się cieszy, że może sobie z Zofią pobyć trochę czasu sam, a mnie te dwa dwugodzinne wyjścia pozwalają wrócić do równowagi psychicznej. Ciężką być matką, czuć się kobieco i być atrakcyjna. Taniec na szczęście wyzwala całą masę endorfin i pomimo miękkiego brzucha i braku talii wywołuję radosną euforię. Wystarczy dać się ponieść. Wyłączyć myślenie... a na początku nie było to łatwe, podczas drugiej godziny zamiast skupiać się na krokach, myślałam o tym co się dzieje w domu. Waga niestety wciąż stoi w miejscu. Od wyjścia ze szpitala za nic nie chce drgnąć. Ubrania jakby trochę luźniejsze. Nastrój zdecydowanie lepszy. U Ś M I E C H Z O F I I ! ! ! Miała być notka o tańcu i nastrojach, ale usłyszałam pochrapywania dobiegające z łóżeczka naszej córeczki i pomyślałam, że w zasadzie nie samym tańcem człowiek żyje, że to co mnie stale rozbraja to uśmiech Zośki, czasem z przedziwnymi dźwiękami przypominającymi chichot. Mała się rozwija, rośnie, buźka jej się zaokrągla. I już patrzy rozumnie, obserwuje, wodzi oczkami, czasem zachowuje się jakby chciała coś złapać.. Cuudna jest! | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||