O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
A zawodowo
Czytam, obserwuję, czasem komentuję ..
Kobieta vs mężczyzna
Na depresję
Oglądam, przyglądam się
To mnie kręci
|
czwartek, 05 listopada 2009
wariacko
jest ostatnio! a ja ambitnie wpadam na kolejne nowe, fantastyczne pomysły, zarażam nimi otoczenie, a potem mam zielone światło i pole do popisu w ich realizacji. Nie ma to jak zapał - tym razem z pewnością nie słomiany.
Perspektywa wyjazdu do Rzymu dodaje mi skrzydeł!
czwartek, 22 października 2009
zbyt dużo, zbyt szybko, zbyt intensywnie
jestem wypompowana...
W ciągu ostatni dni zarażałam entuzjazmem: tańce - jedne, drugie, jazdy, które sprawiają mi mnóstwo frajdy, teatr, rozbrajający do łez i praca przynosząca duże wyzwania, możliwość rozwoju, nowe szanse. Działałam na przyspieszonych obrotach. Sama wymyślałam nowe zawodowe pomysły, nowe idea na wolny czas, na weekend pierwszy, drugi, piąty, dziesiąty. Jeszcze wczoraj sama sobie zdroworozsądkowo tłumaczyłam, że wypadałoby w końcu położyć się do łóżka, w końcu zasnąć. W nocy śniłam wielkie wizje, budziłam się, analizowałam.... Od rana nie mogę się obudzić. Opadam z sił. Potrzebuję głębszego oddechu z dala od stolicy. Potrzebuję regeneracji, może niekoniecznie w warszawskiej Regeneracji ...
środa, 14 października 2009
pierwsza jazda w śniegu
Instruktor: jeszcze chyba nie ma co zimowych zakładać... K: ale kozaków, tak? I: nie, opon!!!! *** gdyby nie te jazdy, tańce i praca, która rozwija gorzej znosiłaby, takie tam ten tego ten, jesienne klimaty *** a na facebooku redaktor PINowy wrzucił "Last Christmas" - pogodowo kawałek idealny!
sobota, 19 września 2009
są takie miejsca...
do, których chce się wracać i wracać. Wracać, bo fajna muzyka, wracać po ciekawi ludzie, bo kelner przystojny, wyśmienite jedzenie etc etc. Szczerze mówiąc już dawno nic nie zachwyciło mnie na tyle, bym odczuwała potrzebę powrotów. A jeśli już nawet zachwyciło, to ochotę do regularnych odwiedzin konkretnego miejsca studzą np. ceny największych smakołyków w menu - patrz: rewelacyjna tajska kuchnia w restauracji Sunanta (niewielka zupa za 30pln to lekkie przegięcie na tzw. wizyty lunczowe i bez okazji).
Są jednak i takie miejsca, do których wciąż niezobowiązująco wpadam zachwycona. Hitem ostatnich miesięcy jest dla mnie "Czytelnik" - jadłodajnia zwana kawiarnią, znajdująca się w podziemiach wydawnictwa. Pomimo różnorodnych knajpek, barków, modnych lunchowni, imprezowni, śniadaniowni, gdzie codziennie można spotkać celebrytów z pudelka.pl, ja na lunch z największą przyjemnością udaję się na Wiejską. Pomijam już fakt, że mogę tam zjeść najlepszy chłodnik w mieście (lepszy robię tylko ja, mama i babcia), że tak dobrej zupy kurkowej jak tam - nie jadłam nigdy, że kalafior, fasolka, pucharek owoców pani zza baru swojsko krzycząca zamawiane dania... to przyciąga. Przyciągają także stali bywalcy tego miejsca - codziennie obecni Pan Konwicki i Pan Bereza, siedzący zawsze przy tych samych stolikach. Oprócz tego, zdarzyło mi się spotkać tam także Pilcha, Weissa i Głowackiego etc, etc. Taka Warszawa mnie pociąga, wzrusza, fascynuje. Inne alternatywne oblicze stolicy...
czwartek, 17 września 2009
pasja
Uwielbiam ludzi z pasją. Takich, co to godzinami opowiadają o swoim koniku, jest on dla nich sposobem na życie, źródłem dochodu, w końcu sensem życia. Uwielbiam ludzi, którzy swą pasją zarażają, dodają wiary we własne możliwości i energię do działania. Wciąż chodzi mi po głowie dzisiejsze spotkanie z czekoladową panią... Ten błysk w oku w trakcie opowieści o rodzajach, gatunkach, sposobach podawania czekolady. Te pozytywne zakręcenie i chęć opowieści o wszystkim na raz, by przypadkiem o niczym ważnym nie zapomnieć. A wszystko było ważne i czekoladowy body painting i cygara i czekolady z kandyzowanymi płatkami róży i gruszki w czekoladzie i musy, marcepany, draże, czekolady pitne, nadziewane, białe, mleczne i extra gorzkie 100%. Do tego dbałość o sposób przechowywania, odpowiednią temperaturę każdej praliny i czekoladowych musów - niczym o swoje dzieci. Ja, dla której czekolada w zasadzie mogłaby nie istnieć, zostałam zaczarowana i jadła jej z ręki - dosłownie. Pierwszy raz w życiu miałam okazję spróbować zieloną czekoladę, mus z białej czekolady z ballantinesem i płatkami migdała, czy czekoladowy kawior.
Spotkanie, które miało trwać 15 minut przedłużyło się do godziny. Nie mogłam przestać jej słuchać. Nie byłam w stanie przerwać... Tacy ludzie mnie fascynują. Zazdroszczę im pasji i wiary we własne możliwości, dzięki której realizują się w sferze zawodowej i prywatnej , dzięki której działają zupełnie samodzielnie ze swoich zainteresowań czyniąc zawód... Życzyłabym sobie takiej determinacji w dążeniu do celu, większej asertywności w kontaktach międzyludzkich i wiary, że dam sobie radę na każdym życiowym polu. Życzylabym w końcu odnalezienienia własnej życiowej drogi, która uczyni mnie w każdej sferze szczęśliwą....
sobota, 05 września 2009
Hongkong
Wracając z Bali zatrzymaliśmy się na 2 dni w Hongkongu. Pomimo tego, że czytaliśmy dużo na temat tego miejsca, wiedzieliśmy co absolutnie musimy zobaczyć, to miasto przerosło nasze wszelkie oczekiwania. Już lądowanie pośród wieżowców, gór, tuż nad wodą budziło duże emocje. Samo terytorium Hongkongu absolutnie fascynujące, jednak zupełnie nie do życia. Przede wszystkim ze względu na powietrze, które jest tak wilgotne, że aż trudno oddychać, a po 5 minutach przebywania na zewnątrz człowiek jest mokry. Ponadto wszędzie zakazy, nakazy, równe ustawianie w kolejkach np do kas, czy na peronie metra i jeszcze panika z powodu świnskiej grypy: mierzenie temperatury przy meldunku do hotelu, punkty dezynfekcji dłoni, dezynfekcja przycisków w windzie... trochę to wszystko chore.
Niemniej jednak, pomimo tych wszystkich dziwactw, Hongkong to miejsce warte zobaczenia! Dlaczego? Przede wszystkim jest pięknie położone na setkach wysepek, na które można się przedostać promami i chińskim łodziami. Samo miasto Hongong dzieli się na dwie części: ultranowoczesną wyspę, z 80cio piętrowymi wieżowcami, siedzibami światowych korporacji, najdroższymi domami mody i centrami handlowymi oraz część Kowloon - chińską kontynentalną. Pomimo tego, że obie części przedzielone są cieśniną, którą pokonać można w ciągu kilku minut metrem albo legendarnym Star Ferry to są skrajnie różne: część wyspiarska czysta, sterylna, nowoczesna i Kowloon pełne chińskich knajpek, bazarków, ulicznych marketów (Ladies Market, Night Market Temple, Goldfish Market etc, śmieci latających po ulicach, szemranego towarzystwa, które na każdym rogu oferuje interes życia (Rolex za 5$ ;). I ten tłum ludzi, nieustająca rzeka głów wylewająca się z kanałów metra. W Polsce, widok chyba tylko możliwy po wielkich koncertach. Miasto przerażające i fascynujące jednocześnie. Oprócz przebywania w tych dwóch częściach wybraliśmy się także na wyspę Lantau, by zobaczyć posąg największego siedzącego Buddy. Niesamowity widok. Sama wyspa też wspaniała: cicha spokojna, zielona, z pięknymi plażami, zatoczkami. Tam mogłabym spędzić kilka dni w trakcie kolejnej podróży..
czwartek, 03 września 2009
Honeymoon - 2 months later
Dziś minęły dokładnie dwa miesiące od kiedy stanęliśmy na indonezyjskiej ziemi. Pomimo tego, że znów mnie gdzieś niesie, że przeglądam tanie loty i rozpoczynam w domu akcję agitację, wciąż z sentymentem powracam do naszej podroży poślubnej. Zacznijmy od początku. Jedynym punktem, który nas naprawdę przerażał była ponad 20-godzinna podróż. Nigdy tak daleko nie latałam i najzwyczajniej na świecie obawiałam się nudy, wolno płynącego czasu, spuchniętych kostek i turbulencji. Tymczasem nie było źle. Linie Cathay Pacific gwarantowały komfort pod każdym względem: specjalnie menu obiadowe, śniadaniowe, napoje, alohole, przekąski, ciepłe skarpetki, szczoteczka i pasta do zębów, cała kinoteka filmów i płytoteka. Minęło naprawdę szybko, bezstresowo i zupełnie komfortowo. Bali. Jak zwykle przed wyjazdem porządnie się przygotowaliśmy: wiedzieliśmy co chcemy zobaczyć, w jaki sposób możemy się przemieszczać, na co uważać etc. Wśród porad przewijały się opisy Bali jako rajskiej wyspy. Cukierkowa wizja niekiedy mnie wręcz przerażała... Rzeczywistość okazała się nieco inna - do raju wyspie jeszcze sporo brak. Pomimo tego, że plaże nie były perfekcyjne, płyty chodnikowe popękane, krawężniki wysokie, momentami panował rozgardiasz, to miejscowi, bardzo przyjaźni ludzie, niesamowita przyroda, wszechobecna zieleń, piękne świątynie, pyszne owoce i przystępne ceny, wynagradzały wszelkie niedogodności. Balijczycy są ludźmi bardzo religijnymi nieco naiwnymi, ale przez tę naiwność naprawdę ciepłymi i przyjaznymi. Wierzą w reinkarnację, więc nie chcą grzeszyć choćby po to, by w kolejnym wcieleniu nie zjawic się pod postacią szczura na przykład. My, jak zwykle wbrew powszechnym trendom, zatrzymaliśmy się w najspokojniejszej turystycznej miejscowości Sanur, miejscowości, w której obok hoteli stoją normalne balijskie domy, obok wygrodzonych plaż dla turystów, są miejsca, gdzie Balijczycy gotują, modlą się i biesiadują. Po swojemu postawiliśmy też na najmniejszy, najbardziej kameralny hotelik, którego potem zazdrościli nam ci, którzy postawili na duże sieciówki. Niemal rodzinna atmosfera, spokój cisza, klimat iście baliski. Super! Tyle, że w hotelu prawie nas nie było. Zamiast wypoczywać po wyczerpujących przygotowaniach do ślubu, znów wygrało zwiedzanie. Były zatem wulkany, świątynie, tarasy ryżowe, plantacje kawy, fabryki batiku, rejs na sąsiednią wyspę, monkey forrest, pokazy tańca, zachody słońca etc etc. Balijskie tańce, stroje i muzyka to coś, co wywarło na mnie mega wrażenie. Czegoś takiego w życiu nie widziałam. O ile bollywood, belly dance, marengue, bachata etc są już w Polsce dość popularne, o tyle, Legong, Kecak, czy Barong Dance to dla mnie absolutne nowum! ...to be contiunued
Nadejszła wiekopomna chwila - powracam!
Wczorajsza rozmowa z dawno niewidzianą koleżanką, przypomniała mi o istnieniu bloga. Zajrzałam. Także do statystyk nastawiając się na spadek do 0. Okazuje się jednak, że nie jest tak źle. Wciąż zaglądają stali czytelnicy, jak i ci poszukujący odpowiedzi na pytania "skąd się biorą sny", "jak facetowi zrobić dobrze". Odpowiedzi na te i im podobne pytania u mnie nie znajdą, ale ruch w interesie powoli się kręci ;) no to do roboty!
środa, 29 lipca 2009
filmowo... Coco Chanel
Bylismy. W ubieglym tygodniu Dobrze, ze zobaczylam ten film, bo mam przynajmniej wlasne zdanie na jego temat - negatywne. Akurat Coco jest postacią, która mnie niezmiennie od kilku lat fascynuje - przeczytalam jej biografie, opowiesci o romansach, o stylu pracy etc. Ten film mozna potraktowac jako preludium do jej historii. Jest tylko wątek romansu, nie ma nic o tym jak ten romans wplynal na jej zycie. Nie ma ani slowa o tym jak powstaly perfumy Chanel 5, jak je promowala. Nie ma ani slowa o kolejnych romansach np ze Strawińskim. Audrey Tatou nadaje sie do tej roli, ale mam wrazenie ze rezyser nie sprostal przedstawieniu historii kreatorki mody, powiedzialabym nawet rewolucjonistki stylu. Film byl po prostu nudny. Ja zasnelam.
poniedziałek, 27 lipca 2009
żywot domowej kurki
Minął miesiąc od naszego ślubu. Wróciliśmy z boskiej podróży. Miniony tydzień był koszmarny - nie mogłam się odnaleźć, nie mogłam się wyspać, nie mogłam przestawić się na tryb "praca". No na szczęście powoli zaczynam się rozkręcać i działać. Wczoraj śwetnie poczułam się w naszym kurodomostwie. Do 12 odsypialiśmy sobotnie wesele, a potem działanie: mega sprzątanie - z mężem rzecz jasna (w kurodomostwie rządzi równouprawnienie), zakupy i gotowanie. Zostałam królową kuchni! Nadrabiając zaległosci minionego pólrocza upiekłam: chleb wieloziarnisty, ciasto z jabłkami, dwa ciasta z wiśniami, zrobiłam też wielką patelnię leczo. Żeby było jasno - od dziś rozpoczynam dietę, a pieczenie i gotowanie wprowadziłam w ramach przetwórstwa owoców i warzyw, których teściowie nam nie żałują! A że dziś przychodzą znajomi to mamy czym ich uraczyć :) | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||